Córka cieni.

Tyle początków tej recenzji, chce wydostać się spod moich palców i wylądować, jako pierwsze na czystej kartce papieru. Tyle słów się ciśnie na usta gdy chcę opowiedzieć o tej serii.. tyle..aaah.

Zacznę jednak od cytatu, który kończy drugi tom książki „.. Nosi na twarzy ciszę. Czas krzyku zostawiła na kartach historii, z którą przyszło się jej zmierzyć.” A uwierzcie mi tego krzyku jest dużo, łez, głodu, chłodu i miłości. Zapachu ziół, Bieszczad i białostockich wsi też dużo. A najwięcej jest jej, Juliany, którą poznajemy już w pierwszej części. W dwóch następnych odkrywa przed nami tajemnice swojego życia. Jeśli tylko masz czas to koniecznie sięgnij po serię „Córka cieni” Ewy Cielesz. Ostrzegam jednakże, że poczujesz ogromną pustkę po zamknięciu trzeciego tomu. Już teraz przygotuj się na to, że niestety nadejdzie ten moment, w którym ostatnie zdanie zakończy kropka. Znienawidzisz ją bardzo za to, że brutalnie wyrywa cię ze świata Juliany. Przez ostanie parę dni nie mogłam się na niczym skupić, myślałam tylko o tym, kiedy wysupłam, choć trochę czasu by móc usiąść i zatopić się w wspomnieniach głównej bohaterki. Przerwy w pracy trwały za krótko, wieczory zbyt szybko przemieniały się w późną noc tak jak i moja ciocia, która żyje w tej samej wiosce, do której nasza bohaterka jeździła do liceum. Ostatnio wybraliśmy się do lasu z psem i niespodziewanie zastał nas zmierzch, przez moment poczułam się jak Juliana, która ciekała w zimie, po ciemku przez bieszczadzką puszczę. Teraz to ona mnie zostawia kończąc swą opowieść.. Nie mogłam jej zostawić samej, tułającej się po brudnych powojennych ulicach. Chciałam dać jej schronienie, miłość, kawałek chleba, gdy tego potrzebowała. Związałam się z nią bardzo, tym bardziej, że na swoją córkę wołam panna Julianna, że moja bratnia dusza też zajmuje się ziołami i potrafi przyrządzić lecznicze napary. Przybliżyła mnie do niej też opowieść o ciepłych rękach, którymi potrafi leczyć