z punktu widzenia Wielkiego Zigiego

Ciąg dalszy, z perspektywy Wielkiego Zigiego.

Nigdy nie wierzyłem w miłość. Uważałem, że to strata czasu i pieniędzy. Denerwowały mnie zakochane pary, które oblegały ławki i zajmowały najlepsze miejsca przy restauracyjnych stolikach. Matka zawsze mi powtarzała, że miłość jest tylko dla słabeuszy i nieudaczników. Nikt, kto kocha nie ma siły na to by zostać kimś w życiu, bo koncentruje się na drugiej osobie zamiast na sobie. Jak zawsze Mamusia miała rację. Do póki po raz pierwszy nie zobaczyłem Zośki mój świat był poukładany. Wszystko zmierzało do tego bym zapisał się na kartach historii, jako najgroźniejszy i największy przestępca krakowski. Ta czupryna rudych włosów i spojrzenie zielonych oczu kompletnie namieszały mi w głowie. Po tylu latach sam już nie wiem czy bardziej ją kocham czy nienawidzę. Zostało mi mało czasu, obawiam się, że już nigdy się tego nie dowiem, chociaż z drugiej strony skoro jedyne, czego pragnę to wybaczenie to chyba jednak miłość wygrała.

Pamiętam dokładnie nasze pierwsze spotkanie, musiałem odebrać dług od jej ojca, bo cwaniaczek zwlekał ze spłatą już ponad miesiąc. Nie znoszę, gdy ktoś próbuje mnie oszukać. Już wtedy wiedziałem, że z tą małą będę miał tylko problemy. I tak się stało, gdyby nie miłość do niej nie umierałbym teraz w tym nędznym mieszkanku i nie spisywał tego wszystkiego prosząc Boga o litość. Mam tylko nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, za późno na rozgrzeszenie, ale i na szczęście tej jedynej.

 

Droga Zosiu,

Jestem twoim dłużnikiem, to ty pokazałaś mi czym jest prawdziwe życie. Wiem, że nigdy mnie nie pokochałaś, choć tyle dla ciebie zrobiłem. Nie, prawda jest taka, że to nie ty powinnaś być mi wdzięczna a ja tobie.

Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? W domu twojej matki? To wtedy po raz pierwszy poczułem, czym jest prawdziwa miłość. Nieprzespane noce, twój wizerunek pod powiekami. Za każdym razem, gdy na ciebie spoglądam czuję szczęście, radość i dumę. Mam najpiękniejszą żonę na świecie. Wiem, że nigdy mnie nie pokochałaś, pewnie nawet mnie nie lubisz. Wszystko to, co do ciebie czuję nigdy nie było odwzajemnione. Zdaję sobie z tego sprawę i to mnie najbardziej boli, ale tak to już jest jak zmuszasz kogoś do miłości. Na łożu mej śmierci proszę o rozgrzeszenie. Nie byłem dobrym mężem. Nie powinienem cię zmuszać do tego byś ze mną była, ale bez ciebie umarłbym już dawno temu. Za każdym razem, gdy cię dotykam widzę obrzydzenie na twej ślicznej twarzy. Tak, kochana dla mnie nadal jesteś śliczna. Dla siebie oszpeciłem cię dla innych…

Pamiętam ten dzień jak dziś. Już 3 razy odrzuciłaś moje zaloty. Nie mogłem znieść jak patrzysz na tego swojego Krzyśka, jak obdarzasz go pocałunkami na klatce schodowej schowana przed wzrokiem wścibskich sąsiadów. Nie zauważyliście mnie jak szedłem od twojej matki. Przynosiłem ci najlepsze wędliny, jakie tylko można było wtedy mieć. Jak myślisz skąd to wszystko wtedy miałaś? Do cholery, tyle rzeczy dla ciebie robiłem a ty jedynie obrzucałaś mnie obelgami.  Gdy jego ręka powoli zsuwała się coraz niżej, a ty jęknęłaś, mój mózg zalała fala podniecenia i nienawiści. Ileż ja bym dał bym to ja mógł cie tak dotykać. Byś za sprawą mojego dotyku tak jęczała i wiła się jak kotka. Nie myśląc długo chwyciłem za nóż i …

 

Chcesz poznać ciąg dalszy? Proszę zostaw znak, że czytasz i moja praca nie idzie na marne. Dziękuję za to, że poświęcasz mi czas.

Rozdział pierwszy

 

- Zakochałam się! Mamo, słyszysz? ZAKOCHAŁAM SIĘ! Cóż za cudowne uczucie. Chce mi się śpiewać, tańczyć, krzyczeć. Nawet w odgłosie spadających bomb słyszę jego imię – Zosia wbiegła do kuchni z uśmiechem na ustach. Zakręciła się wokół matki , przytuliła jej zgarbioną sylwetkę po czym na powrót zaczęła kręcić piruety.  Dopiero po chwili zauważyła, że coś jest nie w porządku. O tej porze zawsze był obiad, nawet gdy zmarła babcia Pola, matka nie pozwoliła na to by domownicy byli głodni. Dziś nie dość, że nie było obiadu na stole to jeszcze brakowało tatka, który powinien siedzieć na swoim miejscu i jak zwykle utyskiwać na spóźnialstwo swojej jedynej córki. Zosia podeszła do Janinny, która była jakby nieobecna. Jej zazwyczaj wesołe oczy zasnuła mgła, miała wrażenie, że matka obecna jest tu tylko ciałem. Czyżby ojciec znów zaczął grać i przepił całą wypłatę? Przecież po ostatniej awanturze obiecał, że to już nigdy się nie powtórzy. Tak zaklinał i prosił mamę o wybaczenie. Co prawda od jakiegoś czasu zachowywał się inaczej, był rozkojarzony, szczęśliwy ale zdystansowany. A co jeżeli ojciec kogoś ma? Nie, to niemożliwe to musi być coś innego. Widząc minę Janiny bała się zapytać, o co chodzi. Uklękła przed nią i ujęła w swoje dłonie jej zmęczoną twarz.

- Mamuniu, spójrz na mnie, proszę. Czy coś się stało? Porozmawiajmy. To przeze mnie, prawda? Ja nie chciałam się spóźnić, naprawdę. To wszystko przez tą miłość. Bo wiesz, Krzysztof jest taki cudowny, te jego ciemne oczy i włosy koloru.. – Ojciec odszedł do innej kobiety – Janina przerwała córce i dopiero, gdy powiedziała to głośno łzy popłynęły po jej policzkach.

- Ale jak to? Mamo, co ty opowiadasz? To nie prawda! Po tylu latach? Przecież jesteście małżeństwem doskonałym.

- Byliśmy, córciu, byliśmy. Już od jakiegoś czasu miałam złe sny, w których mój szanowny małżonek prowadzał się z jakąś kobietą. A wiesz doskonale, że jeszcze nigdy sny mnie nie zawiodły.

- Nadal nie mogę w to uwierzyć. Nie, ja nie chcę w to wierzyć! – Zosia osunęła się na podłogę. Siedziały tak przez dłuższy czas, każda zajęta swoimi myślami. Z zamyślenia wyrwał je hałas, który rozległ się na klatce schodowej a po chwili ktoś z impetem otworzył drzwi.

- Gdzie jest Stefan? Gdzie ten złodziej? I co myślicie, że tak łatwo jest mnie oszukać? Wychodź tchórzu, słyszysz? Wyłaź do cholery. – Mężczyzna wtargnął do mieszkania i taranował wszystko, co stanęło na jego drodze. Na nic się zdały krzyki i tłumaczenia kobiet, że są same w domu. – Niechże się pan uspokoi! Tatka nie ma w domu, zabrał swoje rzeczy i wyprowadził się do innej. Niech mi pan wierzy, że sama chciałabym poznać adres, by dowiedzieć się w co nas znowu wpakował a teraz proszę opuścić moje mieszkanie. – Zosia aż trzęsła się ze złości i bezsilności, próbując jednocześnie zasłonić matkę.

- I co niby mam w to uwierzyć? – mężczyzna zwrócił się do Janiny. – Oo nie kochanieńka nie jestem takim głupcem. Nie igra się z wielkim Zigim. Już raz dałem się nabrać, drugi raz to nie przejdzie. Albo dajesz kasę albo zabieram ze sobą dziewczynę,  ona na pewno zaraz zarobi na długi ojczulka. – Intruz roześmiał się rubasznie, podkręcając wąsa. Zosię przeszył strach, gdy Zygmunt z całej siły odepchnął matkę i przybliżył swoją twarz do niej. Nie dość, że śmierdział papierosami i nieprzetrawioną wódką to jego ubranie skropione było tanimi perfumami. Mieszanka zapachów, jaką wydzielał przyprawiała dziewczynę o mdłości jednak nie odsunęła się ani o pół kroku. Hardo patrzyła w jego oczy stając przy tym na palcach być jego wzrostu.   – Oddam wszytsko co mam, ale córkę niech pan zostawi w spokoju, w sypialni w radioodbiorniku mam pieniądze, Zosieńka zaraz je przyniesie. Leć córuchna – Matka popchnęła dziewczynę nadal starając się odwrócić od niej uwagę. – błagam niech nas pan zostawi, nie mamy wiele, ale spłacę wszystko co do grosza, niech tylko nie robi nam pan krzywdy. – w tym momencie mężczyzna uderzył Janinę z całej siły w twarz tak mocno, że krew puściła się jej z nosa. Naszczęście uderzenie nie zwaliło jej z nóg. Nie pisnęła przy tym ani słowa, by nie denerwować córki, która nadal nie wróciła. Znała jej zapalczywą naturę i bała się, że zaraz przybiegnie na ratunek. Drażniła go ulegliwość kobiet, za każdym razem skomlały i błagały o litość spłacając długi mężów. Jego matka nigdy taka nie była, podziwiał ją za to i nie mógł zrozumieć, że inne kobiety takie nie są. Lubił jak ktoś mu się przeciwstawiał jak ta mała. Choć nie lubił rudowłosych, piegowatych małolat to ta miała coś w sobie. Tak łatwo jej nie odpuści. Nim dziewczyna zdążyła wrócić, miał już w głowie cały plan.